czwartek, 31 grudnia 2015

#3 Z pamiętnika emo-nastolatka, czyli Nico przecież też jest gimbusem. - "Sylwestrowy bal" część 1


Perspektywa Nico di Angelo, lat 15/16; kartka z pamiętnika; Nico i jego gimbusiarskie przemyślenia.
    ..............................................................................................................................................................
 Tego koszmarnego poranka myślałem że nic nie sprawi że będę czuł się jeszcze gorzej. Budzik zadzwonił tak nagle, że prawie dostałem zawału. Skończyło się jednak, tylko rozbitym telefonem, który przypadkiem strąciłem ręką z szafki nocnej i mocnym upadkiem z łóżka. Sturlałem się z hukiem na ziemie, prosto na twarz. Wyobrażałem sobie jak idiotycznie muszę wyglądać. Na moje nieszczęście gdy przewróciłem się na plecy spostrzegłem kogoś stojącego w drzwiach. Tylko nie to. Zaczerwieniłem się i zrobiłem najgłupszą w świecie minę. Jedyną rzeczą jaką miałem na sobie były bokserki. Śliczne zielone bokserki w auta. Gdy zdałem sobie sprawę że akurat dzisiaj ubrałem te przeklęte majtki i że w dodatku trochę mi się obsunęły (w prawdzie nic nie odkryły ale jednak) było już za późno. Osoba stojąca w drzwiach wyjęła tego cholernego smartfona i zrobiła mi serię zdjęć. Jedno gorsze od drugiego. Poderwałem się wściekły i chwyciłem najbliżej leżącą poduszkę. Rzuciłem nią jak najmocniej, jednak odbiła się tylko od zatrząśniętych z hukiem drzwi. Zanim zdążyłem jakoś zareagować, osoba ulotniła się. Pieprzyć to! Przeklęty ja! Dlaczego akurat dzisiaj musiałem założyć te pieprzone bokserki! Spojrzałam na zegarek - 8:30. Kurwa! Sadie przyszła mi tylko powiedzieć że zaspałem, a ja miałem po prostu pecha, że przyszła tuż po tym gdy mój telefon w końcu mnie obudził. Rozłożyłem się na łóżku. Zaraz cały obóz zobaczy zdjęcia prawie nagiego Nicka. Zakryłem głowę poduszką. Ale z tej czarodziejki suka! Na pewno z wredną satysfakcją wstawi to na instagrama, czy facebooka. Do tego nie będzie mogła się zdecydować z jakim dopiskiem: "Śliczna bielizna xd Rozbawiona - z  Nico di Angelo", czy "Z takimi bokserkami zaciągniesz do łóżka nie jedną dziewczynę Nico". Zachować spokój. Chowanie się w pokoju nic nie pomorze.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          
               Zmieniłem majtki. Tym razem na całe czarne. Nigdy więcej kolorowej bielizny. A zwłaszcza takiej dla sześciolatków, w czerwone samochodziki. Do tego spodnie z ciemnego dżinsu, pasek ze srebrną klamrą z czaszką. Byle jaki T-shirt. No dobra, dopasowany czarny T-shirt z jakimś białym napisem. Taki jakie są teraz modne. Lotniczą kurtkę - mogę chcieć wyglądać seksi, ale nie chce stracić kawałka mojej duszy. Włosy na żel postawione, we fryzurę która mówi: Dopiero co wstałem z łóżka. Trzeba przyznać że trochę się odstrzeliłem. Dla nikogo konkretnego, oczywiście... Moje myśli jednak mimowolnie popłynęły w kierunku jego oczu, uśmiechu i ust, które tak świetnie całowały. Znaczy nie wiedziałem jak jego usta całują. Tylko tak myślałem. "Cholera! To znaczy nie całowałem się, bo my nie jesteśmy parą, a on nawet nie jest gejem. Wydaje mi się, że takie usta muszą świetnie całować". Po chwili spędzonej przed lustrem stwierdziłem że wyglądam zbyt... jak Percy, czy  któryś z tych modnych chłopaków.  Po namyśle zmieniłem T-shirt na cały czarny, zmierzwiłem włosy mokrą ręką i zdjąłem pasek- zdecydowanie bardziej Nico. Sprawdziłem jeszcze tylko co z moim rozbitym telefonem. Nie udało się go uratować. Był doszczętnie zniszczony, ale jednak nie tak, jak moja duma. Musiałem się zmierzyć z rzeczywistością i stawić czoła problemom. Nawet jeśli moje problemy dotyczyły, wrednego maga z moimi kompromitującymi fotkami. Otworzyłem drzwi, nikogo nie było widać - wszyscy byli na śniadaniu. Oślepiło mnie jasne słońce. Zmrużyłem oczy i zrobiłem jeden krok w stronę wyjścia.  Pod stopą poczułem miękka trawę. Nie zawracałem sobie jednak głowy odczuciami i rozmyślaniem nad tym jaki piękny mamy dziś dzień, bo dżinsy zsunęły mi się do kostek. Jak można zapomnieć założyć paska? Jak? Tak, taki zdolny niestety jestem chyba tylko ja. Chwyciłem je szybko, i podciągnęłam do góry. Nie zrobiłem tego jednak tak szybko jak bym chciał - lewa nogawka zaczepiła mi się o but. Zanim zdążyłem wycofać się do domku, stanął przede mną Percy. Już gorzej być nie może - myślałem. Roześmiał się uniósł lewą brew i zapytał mnie z kpiącym uśmiechem:
 -Pomóc ci? - Odhaczyłem i podciągnąłem już spodnie, ale on i tak dodał - Widzę że zmieniłeś już bokserki.
Zaprosiłem go gestem ręki do domku, usiadłem na łóżku i wsadziłem twarz w ręce.
-Wszyscy już wiedzą? - spytałem zrezygnowany.
            -Spoko, Sadie pokazała tylko kilku osobom. Ja, Valdez, Annabeth. A tak mimochodem, na prawdę fajnie wyszedłeś . Zwłaszcza na tym, na którym widać w całej okazałości czerwone autka. Will będzie zadowolony... O ile uważa dziecięcą bieliznę za seksowną.- Zrobił najwredniejszą minę jaką tylko potrafił  i wybuchnął jeszcze głośniejszym śmiechem. W jednej chwili zrobiłem się biały, fioletowy, zielony, i na końcu czerwony. Gdy zobaczył moją przerażoną minę opanował się i dodał. 
 - Spoko stary, ja tylko żartowałem, ale... -zawahał się, jakby nie był pewny czy może to powiedzieć. Przygryzł lekko dolną wargę, która straciła swój zwykły odcień czerwieni. Czerwony to super kolor. Gdybym miał wybrać mój ulubiony kolor to byłaby to właśnie krwista czerwień. W każdym razie Jackson usiadł przy mnie i uśmiechnął się nieśmiało, a ja mimowolnie westchnąłem. Wyłapywałem najdrobniejsze ruchy. Jego twarz stężała, a oczy uważnie mnie obserwowały, jakby chciał się mnie o coś spytać, ale nie był pewny czy może. Zmarszczył lekko brwi, a ja chciałem już tylko żeby zadał to pytanie.  Jaki on ma boski łuk brwiowy, taki… pociągający...            
   - Podoba ci się, prawda? Spoko nikomu nie powiem. - Powiedział jak najszybciej. Musiał zobaczyć odpowiedź w mojej twarzy. Czy inni też to widzieli? Czy Will domyślał się prawdy? -Chcę tylko, żebyś wiedział że my nie mamy nic przeciwko, a większość obozu już wie, że jesteś...
               -Kim? Kim jestem? - gdy zauważyłem że nie chcą mu przejść przez gardło te słowa, zabolało. Poczułem, że ludzie nigdy mnie nie zaakceptują. Dlatego się na niego wydarłem. Po chwili zdałem sobie sprawę, że ja też nie potrafię głośno wymówić tych słów. Nie potrafiłem zaakceptować siebie.  Niby nie było różnicy, ale gdy mówiłem to głośno, bolało bardziej. Więc tylko wyszeptałem: –Tak. Jestem gejem. To ty im powiedziałeś? A może Annabeth? I dlaczego? -Ne potrafiłem pojąć po co miałby chcieć mnie zniszczyć. Łzy zaczęły strużkami ściekać po moich policzkach. Spojrzałem w jego zielone, jak morze oczy. Kiedyś je kochałem, ale teraz… To co kiedyś wydawało mi się w nich takie piękne, teraz  mnie przerażało. Przerażało mnie to, że kiedyś je kochałem, że oddałem im serce w ogóle ich nie znając. To nienormalne, i paradoksalne. Kochałem w nich sam fakt, że mogę je kochać. Dlaczego byłem tak głupi, by tego nie dostrzegać.                           -To nie tak! -Percy uniósł ręce w obronnym geście. - Przysięgam, że nikomu nie powiedzieliśmy! Naprawdę! Pewnie ktoś usłyszał!- Był smutny i zmartwiony tym, że go oskarżam, nie miał mi jednak tego za złe. Po zobaczeniu jego przybitego wyrazu twarzy, nie potrafiłem mu nie wierzyć. Znowu.                                 -Wszystko w porządku. I tak w końcu musiałbym im powiedzieć. -Westchnąłem ciężko. Otarłem łzy i uśmiechnąłem się słabo. On odwzajemnił mój uśmiech i nie potrzebowałem już żadnych dowodów by wiedzieć, że dobrze zrobiłem, mówiąc, że mu wierze, i że wszystko jest w porządku. Nie było to do końca prawdą, ale prawda zawsze boli bardziej, mimo iż zazwyczaj jest najlepszym wyjściem. Ale nie dzisiaj. Przybliżył się do mnie i objął lekko. Kiedyś poczułbym się zażenowany, moje serce podskoczyłoby z radości i wypełniło się nadzieją na lepsze jutro. Jednak wiedziałem, w czyich ramionach doświadczę tego uczucia. Percy jest już dla mnie tylko kolegą. Wtedy uświadomiłem to sobie już całkowicie. Mam przyjaciela, dobrego przyjaciela, który wprawdzie ma boski łuk brwiowy, ale nie znaczy dla mnie nic więcej. Poklepał mnie po plecach, jak starszy brat.                                                       
    -Wszystko się ułoży. – Wstał i wolnym krokiem podszedł do drzwi. Nacisnął na klamkę i ostatni raz odwrócił głowę by na mnie spojrzeć. Zamknął drzwi.
                Nie popełniając drugi raz tego samego błędu założyłem zwykły, skórzany pasek. Poszedłem do łazienki i przejrzałem się w lustrze. Oczy miałem czerwone, a twarz zapuchniętą. Przemyłem ją wodą i wziąłem kilka głębokich oddechów. Śniadanie i tak już się skończyło, ale przynajmniej wyjdę na spacer. Skierowałem się do lasu, przeszedłem jednak tylko kilka kroków i natknąłem się na Willa. Widocznie czegoś ode mnie chciał, bo kierował się do domku Hadesa. Ubrany jak zwykle w swoją, już przedartą koszulkę z obozu, dżinsy i zniszczone trampki, wyglądał ślicznie. Miałem ochotę mu to powiedzieć, ale bałem się, że źle to zinterpretuje, i pomyśli że darze go jakimś mocniejszym uczuciem, czy coś... Już trzecia osoba chciała mnie dziś odwiedzić. Sadie wprawdzie nie z własnej woli, bo pewnie Chejron kazał jej przyjść, ale jednak się liczy.
                -Hej. Właśnie do ciebie szedłem. Czemu cię nie było? Wiesz przecież, że powinieneś jeść co najmniej 4 posiłki dziennie. – Powiedział na jednym oddechu, nie dając mi się przywitać. Głos "zalecenie lekarza", uciszył mnie. Nie wiem do końca jak to działa, ale gdy mówi tym głosem po prostu nie da się z nim kłócić. Jak ja nienawidzę jak on tak mówi! Moje serce jednak podskakiwało, ciesząc się, że może go zobaczyć. Po chwili wyciągnął z reklamówki, którą trzymał w lewej ręce plastikowe pudełko. Zapachniało szynką i pomidorem. Pomidory! Jak ja nienawidzę pomidorów i Will dobrze o tym wie! Zrobił to złośliwie. No, ale przynajmniej mi coś przyniósł. Już wcześniej byłem bardzo głodny i nie wiem czy wytrwałbym do obiadu.
              -Przyniosłem ci śniadanie. Kanapki z szynką i pomidorem. Pomidory są zdrowe i powinieneś również je jeść, przynajmniej od czasu, do czasu. Nie przyszedłeś na śniadanie to twój problem! Gdy będziesz bardzo głodny zjesz nawet je, a teraz chodźmy do ciebie.- Kontynuował dalej jednym ciągiem, słowa wylewały się z jego ust nie dając mi powiedzenia chociażby"hej".
             -Hej.- Udało mi się dojść do głosu.- Zaspałem, a ty jesteś najzwyczajniej w świecie wredny! Wiesz jak nienawidzę pomidorów! Nie wykręcaj się tymi swoimi "zaleceniami lekarza"!- Powiedziałem oskarżycielskim tonem, mrużąc oczy i wbijając w niego moje najhardziej mordercze spojrzenie. Byłem jednak tak głodny, że wziąłem od niego pudełko. Oderwałem od niego wzrok, by spojrzeć na zawrtość, a gdy już po chwili moje oczy spotkały się z jego, zauważyłem że stara się nie wybuchnąć śmiechem. Ciszę jaka zapanowała przerwał głośny i radosny śmiech. Will potrafi śmiać się na tyle różnych sposobów. Ten śmiech był długo powstrzymywany, słychać to było w jego głosie. Właściwie to śmieszne jak szybko zmieniają się nastroje. Przecież jeszcze chwilę temu płakałem w moim domku nad sobą i uskarżałem się na brak akceptacji. A teraz śmieję się. Nigdy nie sądziłem że tyle razy pod rząd użyję słowa śmiać, ale odkąd poznałem Willa śmieje się częściej.
              Poszliśmy razem i usiedliśmy na łóżku, tam gdzie przed chwilą siedziałem z Percym. Moje serce podskoczyło raz jeszcze (czy to może zaszkodzić mojemu zdrowiu?), a gdy lekko musnął mnie swoim ramieniem w moim brzuchu pojawiło się mnóstwo motyli. Musiałem jednak przestać marzyć o niebieskich migdałach, gdyż Will polecił mi natychmiastowo i niezwłocznie zjeść śniadanie. Sam wstał i odsłonił firany. Do środka wlały się dawno już tu niewidziane promienie słońca.
              -Dzisiaj, jako że jutro mamy bal sylwestrowy nie ma treningów. Chejron stwierdził że ten jeden raz w roku możemy odpuścić sobie terminowe treningi.- Mówił Will podekscytowany.- Idziesz na bal?
              -Nie, raczej nie.- Powiedziałem. Miałem nadzieję że zaprosi mnie, gdyż ja bardzo chciałem go zaprosić.
              -Ja idę na pewno. Ty też chodź! Nie trzeba mieć partnera. Ja na przykład chyba pójdę z Emi od Demeter. Jako przyjaciele, wiesz.- No i straciłem wszelką nadzieję. Czemu miałby proponować mi pójście na bal, skoro może iść z jedną z najładniejszych dziewczyn w obozie? Po za tym on nie jest gejem! Ciągle wypadało mi to z głowy.
              -Więc skoro mamy wolne, a wiem że łucznictwo idzie ci nie najlepiej, a wiesz ja jestem całkiem niezły...- Powiedział z nietypową dla niego nieśmiałością i założył jedną rękę za głowę i... Czyżby się zarumienił?
              -Powiedział pomocnik trenera łucznictwa.- Wtrąciłem się ironicznie. On jednak kontynuował nieśmiało:
              -To może ten, chciałbyś żebym cię trochę podszkolił?- W tym czasie skończyłem już jeść i stanąłem na przeciwko jego.
              -Tak jasne, to może po obiedzie pójdziemy do lasu, żeby nikt nam nie przeszkadzał?
              -To ok, ja już idę! O widzę że zjadłeś pomidora!- Rozpromienił się i wyszedł, a ja podziękowałem bogom, że nie zauważył zabarwionej na czerwono wody pod łóżkiem. Wyciągnąłem pomidory spod łóżka i wytarłem brudną podłogę, a następnie położyłem się. I tak leżałem rozmyślając o wszystkim i niczym, a moje serce przepełniło się nadzieją na lepsze jutro.
              Po obiedzie, nie mogąc się już doczekać naszego spotkania, pobiegłem prosto na polane, gdzie czekał na mnie Will. W ręku trzymał łuk, a drugą wskazywał na leżący czarny kołczan z kolejnym łukiem. Był to sprzęt dla mnie - nawet wybrał specjalnie dla mnie kolor - uśmiechnąłem się w duchu. Podszedłem i chwyciłem mój sprzęt.
              -Gotowy?
-Ja? Zawsze- Odpowiedziałem pewny siebie. Następne pół godziny Will wykrzykiwał. Teksty typu: "Celuj bardziej pod kątem!", "Nie po to ustawiłem tarczę żebyś celował w drzewa", "Nie, nie, nie! Napnij mocniej cięciwę! Źle".
               -Źle trzymasz, spróbuj lżej. Przesuń nadgarstek trochę w górę!- Aż w końcu zirytowany podszedł do mnie i powiedział - Pokażę ci.
Ustawił się za mną. Czułem jego oddech na karku. Jego pierś przylegała do moich pleców. Czułem też, że lekko ugina nogi, by wpasować się w moje ramiona. Położył swą dłoń na mojej, a drugą zaczął ustawiać moje palce na rękojeści. Masował mi nadgarstek, mimo tego nie potrafiłem się rozluźnić. Zbyt bliski kontakt z inną osobą. Pragnąłem tego dotyku, ale też stresował mnie on. Naciągnęliśmy cięciwę. Razem. Wdychałem jego zapach. Broń, a dokładniej zapach metalu, owsianka, dezodorant, albo jakieś perfumy. Czułem to wszystko i miałem nadzieję pamiętać te zapachy całą wieczność. W końcu, być może, już nigdy nie będzie mi dane stać tak blisko niego. Wystrzeliliśmy strzałę. Trafiła w sam środek. Podekscytowany obróciłem się, jednak on nadal trzymał mój łuk, przez co uderzyłem go nim w czoło. On schylił się niezdarnie, a ja właśnie skończyłem się obracać i nasze usta niefortunnie się zetknęły. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale pomyślałem"raz kozie śmierć". Wiedziałem, że taka okazja może się już nigdy więcej nie powtórzyć, i że to może być jedyny moment, by spełnić moje marzenie. Pościłem łuk i pocałowałem go szybko. Odsunąłem się od niego i zawstydzony spuściłem głowę. Przez chwilę panowała niezręczną cisza, a Will wpatrywał się we mnie z rozchylonymi ustami. Przerwałem to:
               -Widzisz Will, powinien powiedzieć ci już dawno, ale myślałem... bałem się, tak bardzo się bałem, że zepsuje naszą przyjaźń, że ty nie zaakceptujesz tego, że ja...
               -Zamknij się już, przecież wiem.- podszedł do mnie i położył ręce na moich ramionach.-Nico, na miłość bogów przecież wiem. I akceptuję to, bo ja też jestem gejem.- I pocałował mnie. Schylał się przy tym lekko. Miał takie ciepłe i miękkie usta. Całował mnie raz, za razem i wydawało mi się że trwa to całą wieczność. Kronos poszedł mi ma rękę. On wiedział co zrobić z dłońmi i jak się zachować, ja jednak byłem lekko zdezorientowany. A co jeśli zrobię coś źle? Jeszcze nigdy się nie całowałem, a on na pewno miał już doświadczenie. Położyłem dłonie troszkę powyżej jego brzucha. Opuszkami palców dotknąłem kawałka jego skóry, który odsłoniła koszulka. Gdy on to poczuł, złapał mnie za oba policzki, tak jakby nigdy nie chciał mnie już puścić. Pewnie według standardów całowaliśmy się stosunkowo krótko, ale jak wiecie jestem bardzo "niestandardowym" nastolatkiem. Odsunąłem się od niego i cofnąłem kilka kroków. Zakręciło mi się w głowie. TO się stało naprawdę. Will jest gejem. Will może chcieć być moim chłopakiem. Will może chcieć pójść ze mną na randkę. Wtedy zdecydowałem. Ja zrobiłem pierwszy ruch, on drugi - teraz moja kolej. Wziąłem głęboki oddech i zapytałem:
             -Chciałem się cię zaprosić wcześniej, ale stwierdziłem że na pewno się nie zgodzisz. Teraz jednak okoliczności się zmieniły, więc...- Następny głęboki wdech. Kolejne słowa wypowiedziałem bardzo szybko, by mieć to już za sobą - Pójdziesz ze mną na bal? Wiem że nie jestem tak ładny jak Emi, a wyjście to oznaczałoby przyznanie się publicznie do tego, że jesteś i ja też jestem gejem, więc zrozumiem...
             -Chętnie z tobą pójdę. - Powiedział łagodnie. Jak on mógł się tak szybko uspokoić po tym co się stało? Mi nadal trzęsły się dłonie, dlatego schowałem je do kieszeni.
             -Naprawdę?! - Był to bardziej okrzyk radości niż zapytanie, ale byłem bardziej szczęśliwy tym że Will przyjął to zaproszenie, niż sam bym się po sobie spodziewał.
             -Wpadnę do ciebie jutro, około 22, ok?
             -Ta, jasne. - Wymamrotałem.
             Gdy wychodziłem z lasu nadal byłem trochę czerwony, ale mam nadzieje że ten kolorek zszedł mi choć trochę gdy szedłem się położyć. Bo to była pora na gruntowne przemyślenia, przygotowanie psychiczne do jutrzejszego dnia i przedobiednią drzemkę.



 ..................................................................................................................................................................
Część przedsylwestrowa. Nico i jego przemyślenia. Starałam się nie przesłodzić jego myśli, ale skąd mam wiedzieć co dzieje się w głowie chłopaka, myślącego o swojej miłości? Więc zdaję sobie sprawę, że zachowania Nico mogą być trochę... hmm... dziewczyńskie. Dialogi trochę naciągane, ale mam z tym trudności. Najlepsze sylwestrowe życzenia! Przeczytaj proszę notkę na marginesie, po prawej!

środa, 16 grudnia 2015

#2 Głupie sprośne myśli! część 1

Perspektywa Annabeth Chase, lat 17; akcja dzieje się po wojnie tytanów, wszystko wróciło do normy, Obóz Jupiter i Obóz Herosów dalej prowadzą wymiany.
........................................................................................................................................
             5. rano. Znowu będę niewyspana. Myślałam  o wczorajszym treningu. O     wczorajszej walce Percyego z Niną, od Apolla. Zawsze  wydawała się w porządku, choć ciągle gapiła się na Percyego. Ale w końcu nie ona jedna. Po przygodach, które wydarzyły się tego lata Percy wydaje mi się bardziej męski, nie patrzę na niego jak na chłopca, który jest słodki i zabawny, ale jak na naprawdę seksownego mężczyznę. Ale ten jego kaloryfer przyciąga dziewczyny. Dlatego nic a nic mnie nie zdziwiło że  młoda też uważa go za ciacho. Ale to przecież tylko fascynacja, wszyscy wiedzą że Percy nigdy by mnie nie zostawił, dlatego nikt nawet nie próbuje się do niego zbliżyć. Prawda? Bałam się, że mnie zrani, zostawi, skrzywdzi, lub wykorzysta. Wiedziałam, że raczej nie. Na sto procent nie! Aghhh, jak w ogóle  możesz tak myśleć Ann! Jest na to za dobry, on cię kocha, po za tym za długo cię zna... Nie może tu chodzić tylko o krótki związek, czy seks. Hmm... Seks, Percy, całowanie, ja, on, bogowie, ale, on, słodki.
I tak o to moje myśli znowu zaczęły krążyć wokół Percyego, i trzeba przyznać że były dość sprośne. Nie wiem co mnie ostatnio naszło, ale tak, coraz częściej czułam potrzebę wykradnięcia się z domku i pobiegnięcia do niego. Może to nie taki zły pomysł... Ale niestety pobudka, śniadanie, kolejny dzień w obozie. Wstałam i obudziłam całą resztę . W drodze do pawilonu jadalnego, odbyłam z  Percym, krótką rozmowę, która jak zwykle skończyła się całowaniem.
           -Cześć mała.-Powiedział szelmowsko, a ja wysłałam mu jeden z moich najbardziej porażających spojrzeń .
           -Mała, Percy to bardzo seksistowskie przezwisko. Jeśli chcesz zasłużyć na buziaka, musisz się bardziej postarać.
           -Baby, nie wściekaj się już.
           -Próbuj dalej.- Westchnęłam teatralnie, by pokazać mu że nie działają nas mnie takie słabe teksty.
           -Mój ty groszku pachnący, przestań odstawiać fochy. Lubisz gdy nazywam cię maleńką.- Percy zrobił triumfalną minę.
           -Po pierwsze, wcale nie. Po drugie, skąd wytrząsnąłeś to przezwisko?!!
           -Chyba było w jakiejś książce. -Szybko zbył pytanie  mój chłopak.
           -Glonomóżdżku, ty czytałeś książkę?!
           -Dla twojej wiadomości potrafię czytać. Po za tym ja tylko przeglądałem obrazki.- Powiedział obrażonym tonem.
           -Przestań już, tylko pytałam.- Powiedziałam, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem (co w przypadku Percyego, brzmiało bardziej jak popiskiwanie delfina). Dostaliśmy potwornej głupawki. Wygłupy te z kolei sprawiły, że zabrakło mi tchu, więc oparłam się na potomku Posejdona, czego skutkiem okazał się namiętny pocałunek. Ja jednak szybko odsunęłam się. To nie jest odpowiednie miejsce Ann, nie teraz, tylko nie myśl, nie myśl... Nie myśl o jego cudownych miękkich ustach i gołym brzuchu, ciepłu jego ciała, rękach pod twoją koszulką, dotykających cię i wplątujących się w twoje włosy palcach, nie myśl o twoich dłoniach błądzących po jego ciele... agggh. Głupie sprośne myśli!
          -Daj spokój Ann, zbyt przejmujesz się innymi.- Powiedział Percy.
          -Nie mam ochoty całować się z tobą, na oczach innych, ta chwila ma być tylko nasza. Gdybym mogła najchętniej schowałabym cię tylko dla siebie. Po za tym później krążą głupie plotki. -Przynajmniej druga część była prawdą. Zdecydowanie miałam ochotę na całowanie się.
          -W takim razie, będziemy potrzebowali chwili samotności. Idź na tyły domku Ateny, tuż po zjedzeniu. Będę tam chwilę po tobie.- Szelmowski uśmiech, wypłynął na jego twarzy, po konspiracyjnym wyszeptaniu tych słów.
          Po zjedzeniu tostów i wypiciu herbaty, szybciej odeszłam od stołu,(po spędzeniu 9. lat w obozie ma się swoje przywileje) poszłam zaszyć się za domek Ateny, gdzie miałam czekać na Percyego. Nie ma tam okien, a całość jest od wszystkich stron przysłonięta niskimi drzewami, nikt tu nie przychodzi. Jest to takie nasze małe, prywatne miejsce spotkań. Tak jak już wspomniałam, ukrywaliśmy się nie dlatego że nie wolno nam się spotykać, ale bo chcieliśmy mieć trochę prywatności, bez żadnych głupich plotek, czy komentarzy. Po pewnym czasie pojawił się. Wstałam i oparłam się o ścianę, a syn Posejdona podszedł do mnie, i oparł swoje ręce obok mojej głowy, tym samym zamykając mnie w "klatce naszych uczuć", jak nazwał to on sam. Jego ciało przyszpiliło moje, a ja przebiegłam po nim wzrokiem. Pod pomarańczową koszulką z obozu, wyraźnie rysowały się mięśnie. Zaczęłam rozbierać go wzrokiem, aż  przybliżyliśmy się do siebie tak bym nie mogła widzieć nic oprócz jego pięknych zielonych oczu. Natychmiast w nich zatonęłam. Pachniał słoną wodą, i charakterystycznym dla broni zapachem metalu. Nasze usta się zetknęły, jego suche wargi delikatnie pieściły moje. Nie były to dzikie pocałunki jakie składa się w nocy, gdy obie osoby są już pozbawione ubrań, ale takie jakie składa się na ustach, ukochanej osoby. Spokojnie, nie za szybko, ale bardzo namiętnie.
          -Dlaczego się ukrywamy Annabeth?- Wyszeptał mi do ucha Percy, na chwile przerywając nasz pocałunek.
          -Nie musimy, ale, na pewno nie będę cię całować na oczach 12-latków.-Odpowiedziałam. Po krótkim na myślę dodałam jeszcze, z kpiącym uśmiechem- A przynajmniej nie tak jak ty tego chcesz. A że w tym czasie lekko oddaliliśmy się od siebie, włożyłam dłonie za pasek jego spodni i przyciągnęłam go z powrotem. Czułam jego ręce pod moją koszulką. Ja również badałam jego ciało. Palcami przesuwałam po starych bliznach, jak i tych, które przypominały mi to ciężkie lato. Zaczęłam zdejmować z niego bluzę, a następnie koszulkę. Zdałam sobie sprawę, że sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Łamaliśmy zasady. Nie pierwszy raz, ale pierwszy raz w taki sposób. Napawałam się ciepłem jego ciała. Gdy przeszłam do  całowania jego szyi, on przygryzł lekko płatek mego ucha.     
           Po chwili nasze usta znowu się spotkały, i teraz pocałunki były zdecydowanie, bliżej tych, o których wcześniej wspominałam jako, o pierwszych. Ale my nie mieliśmy takich możliwości. Po pierwsze, spanie w nie swoim domku jest surowo zabronione. Po drugie, przebywanie sam, na sam, dziewczyny i chłopaka, w jednym domku też jest surowo zabronione. Po trzecie, prawie niemożliwe jest dostanie, pigułek antykoncepcyjnych w obozie, nie mówiąc już o prezerwatywach. No chyba, że jesteś na tyle odważny, (i zdesperowany) by poprosić braci Hood, licząc się z konsekwencjami. Ja nie byłam gotowa ponieść tych konsekwencji (ani tym bardziej konsekwencji,  seksu bez zabezpieczenia), więc wiedziałam, że tak naprawdę do niczego nie dojdzie. Upewniliśmy się, że nikt nie idzie. Percy, chwycił za rąbki mojej koszulki, i zaczął unosić ją do góry. Pewnie zdjąłby ze mnie, koszulkę, a później ja z niego spodnie, aż w końcu zostalibyśmy pozbawieni ubrań, ale niestety (lub "stety", biorąc pod uwagę, że ten ktoś mógł pojawić się chwilę później) ktoś nam przeszkodził.
          Chejron patrzył na nas, zażenowany i zdecydowanie wściekły. Pewnie nie spodziewał się, że dwoje obozowiczów, będzie obściskiwać się pod jego nosem. Gdyby wiedział jak bardzo się mylił... weźmy choćby ostatnią sytuację, gdy w odwiedziny przyjechała do nas pretor Obozu Jupiter. Reyna chyba niezbyt przepadała za wielkim domem, i stwierdziła, że krzaki są o wiele wygodniejsze. W dodatku mieszczą się w nich dwie osoby... ale o tym opowiem innym razem. Tak jak jej nie było w tedy do śmiechu, tak ja miałam ochotę powędrować z powrotem do Tartaru. Chejron darzył mnie i Percyego ogromnym zaufaniem. Znałam go od tak dawna, był dla mnie jak ojciec, więc tym bardziej, zażenowanie było dla mnie większe. Na moich policzkach pojawił się szkarłatny rumieniec. Jednakże gdy spojrzałam na Percyego, zasłaniającego się koszulką, jakbyśmy nigdy nie widzieli go na plaży, czy pod czas treningów, zrobiło mi się go żal. Mój słodki Glonomóżdżek- pomyślałam. Tak żałowałam, że nam przerwano i nie mogłam wdychać już zapachu słonej wody, którą zawsze pachniał. Był cały czerwony, jak bardzo pikantny ketchup. Może dlatego, że wychowawca znalazł nas w bardzo pikantnej chwili. Wiedziałam, że Chejron nie zostawi naszego... Hmm... wybryku bez konsekwencji, dlatego jedna część mówiła: Annabeth, powinno być ci wstyd, poniosło cię, co ty tu robisz, chyba musimy zacząć z powrotem ćwiczyć nad sobą; druga część krzyczała: O mój boże przepraszam, przepraszam, po co Ann? Po co? Jaki wstyd, jak inni się dowiedzą...; trzecia część mnie mówiła zaś: Od całowania, do seksu jest jeszcze daleka droga, nic  takiego się nie stało, byłaś ubrana; czwarta część jej ciała przemawiała jednak do niej najmocniej: Dlaczego musiał nam przerwać! Chcę jeszcze raz dotknąć jego ramion, ust, i ciepłych mięśni brzucha. I znowu myślałam o jego wspaniałym zapachu i suchych wargach. Tak, byłam rozgrzana do czerwoności. Oddałabym w tej chwili  wiele by dostać jeszcze jeden namiętny pocałunek.
           Jednak ja i mój chłopak, staliśmy tylko, oddaleni od siebie, on poł-nagi, dyszący, ja rozczochrana i w nie wiele lepszym stanie od niego i wpatrywaliśmy się w ziemię.
Niezręczną cisze przerwał Chejron:    
-Za pięć minut w wielkim domu. Doprowadźcie się do porządku, a ty Percy -ubierz się. Stawicie się punktualnie i osobno...-powiedział szczególnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.-... Albo będziecie mieli jeszcze większe kłopoty.
Obrócił się i pogalopował do wielkiego domu. Gdy tylko odwrócił się, roześmialiśmy się. Nie był to jednak śmiech szczery i radosny, ale taki, który ma rozładować atmosferę. Nie udało się, pewnie przez rozmowę którą niedługo mieliśmy odbyć. Na pożegnanie podeszłam do niego i nasze usta spotkały się szybko, niezdarnie i z impetem, który przez pierwsze sekundy lekko zabolał. Jednak ból był bardzo przyjemny. Gdy odsunęłam się od niego, widać było, że pozytywnie go zaskoczyłam. W końcu to on łamie zasady, a nie ja... Zadowolona z siebie, na dosłownie minutę zapominając o czekających mnie problemach wybiegłam z za domku, a Percy zaczął ubierać koszulkę.  Gdy biegłam przed siebie, wpadłam na kogoś. Grupkę trzech obozowiczów, którzy szli prosto za domek Ateny. O mój boże - pomyślałam- gdyby stary centaur nam nie przeszkodził, leżelibyśmy tam teraz i... Może nawet dobrze się stało, że to on nas zobaczył, a nie Hoodowie i Clarisse. To nie mógł być przypadek.


....................................................................................................................................................................................................................................
Koniec! Mam nadzieję, że się spodobało. Jeśli ktoś już w ogóle czytał mojego bloga. Jeśli ktoś w ogóle to czytał. Jeśli nie, mam nadzieję, że ktoś w najbliższym czasie zacznie 😊 Dziś mega Percabeth i mega optymistycznie. Druga część pojawi się w przyszłym miesiącu, bo w tym wstawię jeszcze one shot świąteczny, lub sylwestrowy. Jeszcze nie jestem pewna. To do zobaczenia! Jeśli to przeczytałeś, proszę zostaw komentarz. Nie musi być długi, wystarczy na przykład: smutna buźka, jeśli się nie podobało, a jeśli tak- wesoła.

piątek, 4 grudnia 2015

#1 Dajesz mi radość.

Perseusz Jackson lat 17; chwilowe załamanie nerwowe; akcja po wypadku Annabeth Chase (nie kanonicznym)
....................................
.............


Radość. Liczba pojedyncza. Liczba mnoga- brak. Oczywiście można użyć zamiennika. Na przykład: Uciechy. Ale to będą już tylko gwałtowne uciechy. Szybkie, przemijające, fałszywe, nie do końca prawdziwe. Iluzje. Nie prawdziwe, iluzje, nawet nie w połowie tak ważne jak radość. Niepamiętliwe i przemijające. Mało ważne, bo radość jest jedna. Jedna, na cało życie. Czasami nawet nie. Czasami nie masz radości. Nie doświadczasz jej i umierasz. Czasami zrozpaczony. Totalna deprecha. Może jakieś samobójstwo? Czasami ze złudnym uczuciem. Że zaznałeś radości. Ale nie, bo to była tylko gwałtowna uciecha. Nikt nie wie ile jest takich ludzi. Pewnie nie dowiemy się puki ludzie nie zaczną być ze sobą szczerzy. Sami ze sobą. Radość. Może trwać krótko i szybko i już nigdy się nie powtórzyć. Stoisz na podium. Patrzysz z góry na innych. Nawet na tych sflaczałych prawie-zwycięzców. Patrzysz na ludzi. Wszystkie oczy zwrócone są w twoją stronę. Czujesz się wyjątkowy, ważny. To twój pierwszy sukces. Taki sukces. Tyle ćwiczyłeś. Tak długo. Tak ciężko. Inni bawili się, jedli słodycze. Ty nie. Ty ćwiczyłeś. Nie tylko sport, ale też wytrwałość. Dieta, to koszmar. Męczyłeś się, ale było warto. Teraz czujesz radość. Później wielokrotnie będziesz stał na podium, ale to nie będzie to samo. Bo jesteś jednym z tych pechowców. Jednym z setek milionów. Masz pecha. Bo to trwało i nigdy się nie powtórzy. Krótko, szybko. A może należysz do drugiej grupy. Szczęśliwej.  Doświadczasz radości kilka razy w życiu. Ale to ciągle jest ta sama jedna, pojedyncza radość. Doświadczasz jej gdy skaczesz. Skaczesz na spadochronie. Urywasz się od rzeczywistości. Skaczesz i czujesz radość. Jak nigdy dotąd. I tak od nowa. Jak nowo narodzony. Gorzej gdy nie możesz zaspokoić swojej radości. Znowu deprecha. Może narkotyki? Czujesz ból. Wiesz że możesz to mieć. Możesz jeszcze raz poczuć radość. Ale nie. Świat ci to utrudnia. Brak pieniędzy. Wielkie mi halo. Kontuzja. Nikt nie rozumie. Nie rozumieją, że ty wolisz skakać chory, ryzykować. Nawet życie. Tak. Nawet życie by jeszcze raz poczuć radość. Najszczęśliwsza grupa. Ta, której radość daje coś stałego, trwałego. Miłość. Nie "miłoście". Nie ma kilku miłości. Ostatnia grupa, teoretycznie najszczęśliwsza. Ale nie ja. Żaden heros nie. Zaznałem miłości. Ale walka, mi ją odebrała. Radość. Jedną na całe życie. Więc muszę ją zdobyć. Daj mi. Daj mi jeszcze trochę. Zapłacę. Zapłacę ile chcesz. Jeszcze jedną. Jeszcze jedną! Jeszcze jedną, rozumiesz! Stoczyłem się. Największy. Kiedyś. Najlepszy. Kiedyś. Nie dziś. O nie. Na pewno nie dziś. To już nie jest ważne. Rozumiesz, kurwa to już nie jest ważne! Oddaj mi ją! Nie możesz? Więc daj mi jeszcze trochę. Jeszcze jedną działkę. Zapłacę. Chcesz więcej? Zapłacę więcej. Nie mam pieniędzy na dragi. Alkohol. Znowu ta sama śpiewka. Zaczynamy. Piwo. A dokładniej kilka. Nikt już mnie nie potrzebuje. Teraz najtańsze piwo, najgorsze. W portfelu nic. Zero. Sięgam dalej. Dalej. Po denaturat. Nie. Dosyć. Czuje. Czuje, że mogę poczuć to jeszcze raz. Nie, nie miłość. Radość. Inną. Drugą. Nie uciechę! Tak! Tak! Kurwa, prawdziwą radość! W liczbie mnogiej!  A może pierwszą? Może żadna z wczesniej wymienionych grup, nigdy tak na prawdę nie była szczęśliwa? Wszystko i tak kończy się smutkiem. Może radość jest tylko jedna, ale doświadczamy jej pod koniec. Nie tak jak nam się wydaję, za życia. Potrzebuję radości. Zaraz ją dostanę. Wydrę z rąk losowi. Choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. Więc stoję. Stoję. Na krawędzi. Widzę ją. Ann. Czuje jej zapach. Jest za daleko. Ale, jeszcze jeden krok. Dosięgnę jej rękę. Robię krok. Skacze. Czuję że coś mną potrząsa. Ktoś. Spadam. Nie. To uczucie, to nie to. Nie spadam, budzę się. Tak to to uczucie. Ktoś mnie budzi. Otwieram oczy i widzę Willa. Przypominam sobie. Wszystkie nieprzespane noce. Spędzone obok Ann. Na krześle. Wszystkie łzy. Widzę te chwilę gdy zostaje ranna. Tak żywo. Przed oczami przelatuje mi całe życie. Pierwsze spotkanie. Kłótnie. Moment w którym wyruszamy na naszą pierwszą misje. Razem. Zazdrość o Rachel. Kąpiel w Styksie. To ona utrzymuje mnie w tym świecie. Mogę zostać bogiem. Ale nie. Nie bez niej. Wyznanie miłości. Mówi tak. Chce być moją dziewczyną. Czułem radość. Pierwszy pocałunek. Te dni kiedy myślałem tylko o niej. Gdy nie pamiętałem nic oprócz niej. Jej uśmiechu i pocałunków. Chyba często mnie całowała. Przypominam to sobie i moje życie przez chwilę nie wydaje się być takie straszne. Spotkanie w Rzymie. Rozstanie, wyrusza na własną misje, jako córka Ateny. Później Tartar. Znowu wracam do rzeczywistości. Wojna, ale też jej koniec. Mały wypadek przy domku Ateny i wiele innych szczęśliwych chwil, sprawia, że jeszcze bardziej pragnę by się obudziła. Choć nie wiedziałem że to możliwe. Potrzebuje jej. Ona nie może mnie zostawić. Nie może... Ta myśl. I wtedy dociera do mnie cichy głos. Percyy... Jesteś tam. Całkowicie odzyskuję  świadomość. Zdaję sobie sprawę, że podniosłem głowę by spojrzeć na Willa, dopiero po kilku minutach. Po kilku minutach odzyskałem świadomość. Wiem też że łzy lecą mi z oczu. Ciurkiem, po policzkach. Spływają. Cicho i bez głośnie. Zbolałe od płaczu i krzyku gardło nie jest w stanie już okazywać swojej rozpaczy. Will patrzy na mnie okropnie smutnym wzrokiem. Wie że jest ze mną źle. Nie jem i nie piję. Ale jego oczy... Jest w nich coś , coś czego nie było przez ostatnie dwa tygodnie. Dostrzegam w jego oczach szczęście. To co wcześniej uznałem za smutek, okazuje się troską. Wtedy mówi:
-Percy, odzyskała świadomość. Obudzi się i wyzdrowieje. Będzie dobrze. Teraz choć coś zjeść.- spogląda na mnie i już wiem, że on wie. Wie, że nie ruszę się stąd. Czuje ulgę, jestem szczęśliwy. Od tak dawna nie uśmiechnąłem się. Pierwszy raz od dwóch tygodni, kąciki moich spierzchniętych ust unoszą się. Bezgłośnie mówię: Dziękuję. Spoglądam na Annabeth. Teraz to czuje! Ona wyzdrowieje! Cały skacze. Ale tylko w środku. Chcę zamknąć oczy, bo mimo iż już wiem, że wyzdrowieje, to jej widok sprawia mi ból. Modlę się do bogów. Tyle dla nich zrobiłem. Niech oni zrobią coś dla mnie. Chcę pójść spać i znów pogrążyć się w świecie snów, ale słyszę pisk maszyny. Do pokoju wchodzi Will. Wydaję się być czymś zdziwiony. I wtedy to słyszę. Najpiękniejsze słowa, jake słyszałem w całym moim życiu:
-Glonomóżdżek.- słyszę już tylko cichy, ochrypły, słaby głos. Cudowny i uśmierzający ból głos. Czuję jak na mnie wpływa. Ulecza mnie. Czuję radość.

Pierwszy, ale nie dokońca prawdziwy post - informacja

Witam wszystkich, którzy zawitali na mego skromnego, jeszcze nie działającego bloga! Postacie o których będę pisać nie są oczywiście moje, tylko Ricka Riordana. Będę tu publikować one-shoty, i może kiedyś zabiorę się do pisania czegoś z rozdziałami. Posty postaram się wstawiać dwa razy w miesiącu. Nie będą to jakieś mega-super opowiadania, bo dopiero zaczynam. Pewnie część rzeczy nie będzie trzymać się ładu i składu. Przepraszam też za błędy, bo jak na prawdziwego herosa przystało mam dysleksje. Jeśli tu jesteś, proszę spróbuj choć przeczytać kawałek mojej twórczości. Miło by było gdybyś zostawił komentarz. Nie hejtować, ale wskazywać błędy... Bla, bla, bla. Lecę wstawiać pierwszy prawdziwy post. Kupuj złoto, pa!

TO JA <3