piątek, 4 grudnia 2015

#1 Dajesz mi radość.

Perseusz Jackson lat 17; chwilowe załamanie nerwowe; akcja po wypadku Annabeth Chase (nie kanonicznym)
....................................
.............


Radość. Liczba pojedyncza. Liczba mnoga- brak. Oczywiście można użyć zamiennika. Na przykład: Uciechy. Ale to będą już tylko gwałtowne uciechy. Szybkie, przemijające, fałszywe, nie do końca prawdziwe. Iluzje. Nie prawdziwe, iluzje, nawet nie w połowie tak ważne jak radość. Niepamiętliwe i przemijające. Mało ważne, bo radość jest jedna. Jedna, na cało życie. Czasami nawet nie. Czasami nie masz radości. Nie doświadczasz jej i umierasz. Czasami zrozpaczony. Totalna deprecha. Może jakieś samobójstwo? Czasami ze złudnym uczuciem. Że zaznałeś radości. Ale nie, bo to była tylko gwałtowna uciecha. Nikt nie wie ile jest takich ludzi. Pewnie nie dowiemy się puki ludzie nie zaczną być ze sobą szczerzy. Sami ze sobą. Radość. Może trwać krótko i szybko i już nigdy się nie powtórzyć. Stoisz na podium. Patrzysz z góry na innych. Nawet na tych sflaczałych prawie-zwycięzców. Patrzysz na ludzi. Wszystkie oczy zwrócone są w twoją stronę. Czujesz się wyjątkowy, ważny. To twój pierwszy sukces. Taki sukces. Tyle ćwiczyłeś. Tak długo. Tak ciężko. Inni bawili się, jedli słodycze. Ty nie. Ty ćwiczyłeś. Nie tylko sport, ale też wytrwałość. Dieta, to koszmar. Męczyłeś się, ale było warto. Teraz czujesz radość. Później wielokrotnie będziesz stał na podium, ale to nie będzie to samo. Bo jesteś jednym z tych pechowców. Jednym z setek milionów. Masz pecha. Bo to trwało i nigdy się nie powtórzy. Krótko, szybko. A może należysz do drugiej grupy. Szczęśliwej.  Doświadczasz radości kilka razy w życiu. Ale to ciągle jest ta sama jedna, pojedyncza radość. Doświadczasz jej gdy skaczesz. Skaczesz na spadochronie. Urywasz się od rzeczywistości. Skaczesz i czujesz radość. Jak nigdy dotąd. I tak od nowa. Jak nowo narodzony. Gorzej gdy nie możesz zaspokoić swojej radości. Znowu deprecha. Może narkotyki? Czujesz ból. Wiesz że możesz to mieć. Możesz jeszcze raz poczuć radość. Ale nie. Świat ci to utrudnia. Brak pieniędzy. Wielkie mi halo. Kontuzja. Nikt nie rozumie. Nie rozumieją, że ty wolisz skakać chory, ryzykować. Nawet życie. Tak. Nawet życie by jeszcze raz poczuć radość. Najszczęśliwsza grupa. Ta, której radość daje coś stałego, trwałego. Miłość. Nie "miłoście". Nie ma kilku miłości. Ostatnia grupa, teoretycznie najszczęśliwsza. Ale nie ja. Żaden heros nie. Zaznałem miłości. Ale walka, mi ją odebrała. Radość. Jedną na całe życie. Więc muszę ją zdobyć. Daj mi. Daj mi jeszcze trochę. Zapłacę. Zapłacę ile chcesz. Jeszcze jedną. Jeszcze jedną! Jeszcze jedną, rozumiesz! Stoczyłem się. Największy. Kiedyś. Najlepszy. Kiedyś. Nie dziś. O nie. Na pewno nie dziś. To już nie jest ważne. Rozumiesz, kurwa to już nie jest ważne! Oddaj mi ją! Nie możesz? Więc daj mi jeszcze trochę. Jeszcze jedną działkę. Zapłacę. Chcesz więcej? Zapłacę więcej. Nie mam pieniędzy na dragi. Alkohol. Znowu ta sama śpiewka. Zaczynamy. Piwo. A dokładniej kilka. Nikt już mnie nie potrzebuje. Teraz najtańsze piwo, najgorsze. W portfelu nic. Zero. Sięgam dalej. Dalej. Po denaturat. Nie. Dosyć. Czuje. Czuje, że mogę poczuć to jeszcze raz. Nie, nie miłość. Radość. Inną. Drugą. Nie uciechę! Tak! Tak! Kurwa, prawdziwą radość! W liczbie mnogiej!  A może pierwszą? Może żadna z wczesniej wymienionych grup, nigdy tak na prawdę nie była szczęśliwa? Wszystko i tak kończy się smutkiem. Może radość jest tylko jedna, ale doświadczamy jej pod koniec. Nie tak jak nam się wydaję, za życia. Potrzebuję radości. Zaraz ją dostanę. Wydrę z rąk losowi. Choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. Więc stoję. Stoję. Na krawędzi. Widzę ją. Ann. Czuje jej zapach. Jest za daleko. Ale, jeszcze jeden krok. Dosięgnę jej rękę. Robię krok. Skacze. Czuję że coś mną potrząsa. Ktoś. Spadam. Nie. To uczucie, to nie to. Nie spadam, budzę się. Tak to to uczucie. Ktoś mnie budzi. Otwieram oczy i widzę Willa. Przypominam sobie. Wszystkie nieprzespane noce. Spędzone obok Ann. Na krześle. Wszystkie łzy. Widzę te chwilę gdy zostaje ranna. Tak żywo. Przed oczami przelatuje mi całe życie. Pierwsze spotkanie. Kłótnie. Moment w którym wyruszamy na naszą pierwszą misje. Razem. Zazdrość o Rachel. Kąpiel w Styksie. To ona utrzymuje mnie w tym świecie. Mogę zostać bogiem. Ale nie. Nie bez niej. Wyznanie miłości. Mówi tak. Chce być moją dziewczyną. Czułem radość. Pierwszy pocałunek. Te dni kiedy myślałem tylko o niej. Gdy nie pamiętałem nic oprócz niej. Jej uśmiechu i pocałunków. Chyba często mnie całowała. Przypominam to sobie i moje życie przez chwilę nie wydaje się być takie straszne. Spotkanie w Rzymie. Rozstanie, wyrusza na własną misje, jako córka Ateny. Później Tartar. Znowu wracam do rzeczywistości. Wojna, ale też jej koniec. Mały wypadek przy domku Ateny i wiele innych szczęśliwych chwil, sprawia, że jeszcze bardziej pragnę by się obudziła. Choć nie wiedziałem że to możliwe. Potrzebuje jej. Ona nie może mnie zostawić. Nie może... Ta myśl. I wtedy dociera do mnie cichy głos. Percyy... Jesteś tam. Całkowicie odzyskuję  świadomość. Zdaję sobie sprawę, że podniosłem głowę by spojrzeć na Willa, dopiero po kilku minutach. Po kilku minutach odzyskałem świadomość. Wiem też że łzy lecą mi z oczu. Ciurkiem, po policzkach. Spływają. Cicho i bez głośnie. Zbolałe od płaczu i krzyku gardło nie jest w stanie już okazywać swojej rozpaczy. Will patrzy na mnie okropnie smutnym wzrokiem. Wie że jest ze mną źle. Nie jem i nie piję. Ale jego oczy... Jest w nich coś , coś czego nie było przez ostatnie dwa tygodnie. Dostrzegam w jego oczach szczęście. To co wcześniej uznałem za smutek, okazuje się troską. Wtedy mówi:
-Percy, odzyskała świadomość. Obudzi się i wyzdrowieje. Będzie dobrze. Teraz choć coś zjeść.- spogląda na mnie i już wiem, że on wie. Wie, że nie ruszę się stąd. Czuje ulgę, jestem szczęśliwy. Od tak dawna nie uśmiechnąłem się. Pierwszy raz od dwóch tygodni, kąciki moich spierzchniętych ust unoszą się. Bezgłośnie mówię: Dziękuję. Spoglądam na Annabeth. Teraz to czuje! Ona wyzdrowieje! Cały skacze. Ale tylko w środku. Chcę zamknąć oczy, bo mimo iż już wiem, że wyzdrowieje, to jej widok sprawia mi ból. Modlę się do bogów. Tyle dla nich zrobiłem. Niech oni zrobią coś dla mnie. Chcę pójść spać i znów pogrążyć się w świecie snów, ale słyszę pisk maszyny. Do pokoju wchodzi Will. Wydaję się być czymś zdziwiony. I wtedy to słyszę. Najpiękniejsze słowa, jake słyszałem w całym moim życiu:
-Glonomóżdżek.- słyszę już tylko cichy, ochrypły, słaby głos. Cudowny i uśmierzający ból głos. Czuję jak na mnie wpływa. Ulecza mnie. Czuję radość.

1 komentarz:

  1. WoW...
    Chyba tylko tyle jestem w stanie powiedzieć. Oczywiście mogłabym napisać, że jest cudowny, zawiera boskie przemyślenia, dołujący i niesamowicie wzrusza...
    No dobrze, jednak byłam w stanie coś powiedzieć.
    Jak na pierwszy one-shot na blogu...cóż, nie mogę się doczekać lekcji.
    Idę czytać dalej ;)
    Pozdrawiam i życzę weny
    Aria

    OdpowiedzUsuń